27 lis 2014

Rozdział 72


Przypominam o hashtagu #nyaPL
________________________

No to już koniec laby. Jutro pierwszy dzień roku szkolnego. Ostatnia klasa... czułam się lekko przytłoczona faktem, jak szybko leci ten czas. Miałam wrażenie, że dopiero co poszłam do szkoły średniej, starałam się żeby dostać dobre oceny... wszystko po to, żeby zostać zauważoną przez rodziców. Szybko porzuciłam ten plan. Wiedziałam, że jeżeli dalej chodzę do szkoły t o tylko siebie. Nikt nie miał zamiaru bić mi za to brawa.
Weszłam do kwiaciarni, którą stale odwiedzałam co tydzień. Kasjerka już znała mnie, więc kiedy tylko mnie zobaczyła, uśmiechnęła się szeroko.

- Witaj, kochanieńka. To samo co zawsze?
Pokiwałam głową, również odpowiadając jej uśmiechem.

Kiedy zapłaciłam i wyszłam na dwór, odruchowo rozejrzałam się dookoła. Nie mogłam wziąć samochodu, bo Diana miała do załatwienia parę spraw poza miastem. I szczerze mówiąc, dostawałam z tego powodu paranoi.

Zanim doszłam na moją ławeczkę, odwracałam się za siebie milion razy. Oczywiście nie zauważyłam nic nadzwyczajnego, przechodniów zmierzających każdy w swoim kierunku. W końcu opadłam na chłodny kawałek drewna.


- Cześć, skarbie - podniosłam różę z zeszłego tygodnia, zastępując ją świeższą, z żywszymi kolorami. 

- Co tam u Ciebie ciekawego? Masakra, dasz wiarę że jutro pierwszy września? - przewróciłam oczami - Już nie mogę się doczekać tych wspaniałych kilku miesięcy. Oglądania twarzy moich najdroższych Lucy i Lucasa... - skrzywiłam się, słysząc ironię w moim głosie  - Ale obronisz mnie przed nimi, prawda? Tak samo jak to robisz każdego dnia. Jesteś moim bohaterem, sam tak kiedyś powiedziałeś.

Westchnęłam. Znowu to robiłam. Obwiniałam Harry'ego za coś, na co nie miał najmniejszego wpływu.

- Nie chce mi się tam wracać jak cholera... Jak dobrze że to już ostatni rok. No i będą tam Caroline, Zayn i cała reszta.
Nie płacz, nie płacz - powtarzałam sobie w myślach.

- W sumie to nigdy nie zastanawiałam się, co będę robić dalej. Zawsze tak dużo przytrafiało mi się w ciągu kilku miesięcy, że przestałam myśleć z wyprzedzeniem - wzruszyłam ramionami - Chyba po prostu zobaczę co przyniesie czas.
"Kocham Cię, wiesz?" - usłyszałam w głowie głos Harry'ego.

- Ja też Cię kocham, skarbie - powiedziałam cichutko - I bardzo, bardzo tęsknie.


*Perspektywa anonima*

Myślał, że jest taki cwany, że mnie przechytrzy. Ale ja nie jestem początkujący. Pracuje dla pana S już prawie 10 lat i wiem, na czym polega moja robota. A jeśli ten gówniarz sądził, że go nie znajdę, to mylił się, i to grubo.
Widziałem go nawet teraz, siedząc za kierownicą mojego samochodu. Wyszedł z jakiegoś klubu czy czegoś, zataczając się. Ale to jeszcze nie był odpowiedni moment, nie był sam.
Wyjąłem komórkę i wybrałem numer szefa w celu zdania mu relacji,jak to miałem w obowiązku robić co kilka godzin.

- Czego? - rozległ się jego poirytowany głos.
Jak najszybciej opowiedziałem mu, co działo się od ostatniego telefonu. Przyjechał do klubu, siedział tam dłuższy czas, Wyszedł wyszedł pierwszy ze swoimi kolegami. Był nieźle wstawiony. Później z klubu wyszła ta jego dziwka ze znajomymi, wsiedli do taksówek i rozjechali się w swoich kierunkach. 

- Wiedziałem. Po prostu wiedziałem.
Pan S bardzo się wkurzył, słyszałem to.

- Co szef wiedział?

- Skurwiel dalej się z nią spotyka! - krzyknął. - Byłem pewien, że nie odpuści.

- Mam za nimi jechać? - zapytałem.

- No a jak kurwa myślisz.
Po chwili usłyszałem, jak mówi przytłumionym głosem:

- Myślał, że może sobie ze mnie żartować. Jak dopadnę go, powyrywam mu nogi z dupy i każe biegać.
PO chwili ciszy odezwał się ponownie:

- Coś jeszcze?

- Nie, szefie.
Zanim dokończyłem zdanie, rozłączył mnie. Czasami tak mnie wkurwiał.

Patrzyłem cały czas na ulicę, uważnie obserwując jedną postać. Od pewnego czasu zaczął nosić bejsbolówkę, jakby to miało mu w czymś pomóc. I tak go dopadnę. Tylko ostatnio cały czas jest z kimś. Kiedy jeździ na motorze boję się cokolwiek zrobić, bo szef kazał mi go dostarczyć żywego... muszę coś wymyślić.
Będzie mój a ja zawsze dotrzymuje słowa.


*Perspektywa Angel*

Siedząc na kanapie zastanawiałam się jak ja się jutro ubiorę. Nie chce mi się ubierać typowo na galowo. No wiecie białą bluzeczka, czarną lub granatową spódniczkę, albo spodnie.
Ostatnia klasa, więc założę coś innego. 
Spakowałam do torby telefon, portfel i wyszłam na jakieś zakupy.

Bałam się chodzić sama po mieście, ale co mam zrobić jak Diany jeszcze nie było i nie mam samochodu. No, ale przecież mogę zadzwonić do Caro.

- Hej kochana, co tam u ciebie? - powiedziałam jak Caroline odebrała.

- Angie tak się nudzę, że zaraz chyba zacznę robić na drutach.

- Przesadzasz. A mam dla ciebie propozycję.  Pójdziesz ze mną na zakupy? Proszę, proszę, proszę.

- Jasne, wiesz że lubię chodzić z tobą na zakupy. A co będziesz kupować?

- No wiesz jutro jest  rozpoczęcie roku i chciałam sobie coś kupić do ubrania.


                                                                     
                                                      ***

- Możemy już wracać, nogi mnie bolą. - Jęczała Caro wlekąc się za mną.
Westchęłam i spojrzałam na nią.

- Ok wracamy.

- Nareszcie - Jęknęła Caro.

Wróciłyśmy do domu i od razu zaczęłam przymierzać ubrania, które kupiłam. Leżały ZAJEBIŚCIE. Bluzka ze skrzydłami i już wiem jak będę wyglądała na rozpoczęciu. Już się nie mogę doczekać  (http://stylistki.pl/na-lato-451176/).
Pokazałam się Caro, a ta aż się zachłysnęłam.

- Dość, że masz na imię Angel to jeszcze masz skrzydła. To chyba nie przypadek, prawda?

- Nie to nie przypadek, Harry do mnie tak mówił i tylko jemu pozwalałam więc chciałam być dla niego choć jeden raz Aniołem. - powiedziałam to mając świeczki w oczach.

- Och kochanie - westchnęła Caro i podeszła do mnie przytulić mnie.
Pojedyncza łza spłynęła mi po policzku, starłam ją szybki.

- Wiesz co, może nie smutajmy tak i wyjdziemy na jakąś imprezę.

- Mówiłaś, że cie nogi bolą. - powiedziałam i podniosłam jedną brew.

- Oj nie wypominaj mi. No weź chodź.
Zaczęłam myśleć nad jej propozycją. No w końcu to ostatni dzień wakacji to trzeba się rozerwać.

- Ok, idziemy.
Caro podskoczyła zadowolona i od razu zadzwoniła do Zayna.



                                                            ***


Ubrałam się w niebieską obcisłą sukienkę i założyłam biały żakiecik, w razie gdyby wieczorem było mi zimno. 

Jechaliśmy samochodem Zayna i kiedy dojechaliśmy, już nie byłam taka pewna czy dobrze zrobiłam przyjeżdżając tu. Czułam, że stanie się coś co nie ucieszy mnie.

Wyszłam z samochodu i weszliśmy wszyscy do klubu. 
Jak to w klubach, smród przywitał nas od razu przy wejściu.
Podeszliśmy do baru i od razu zamówiłam sobie drinka, żeby się odstresować. 
I tak kolejka po kolejce, aż straciłam rachubę. 

Oparłam głowę na ramieniu Caroline, ona zrobiła to samo i zaczęliśmy wolniutko kołysać się w dudniący rytm. Mało on nas obchodził, my słyszeliśmy swoją własną muzykę...dudniący rytm piosenki.

Nagle ktoś niezbyt delikatnie odciągnął ode mnie Caro.
Trochę się zachwiałam, kiedy zabrano mi podparcie w postaci przyjaciółki, ale po chwili w miarę odzyskałam równowagę.

Zayn stał naprzeciwko swojej dziewczyny i wpatrywał się w nią płonącym wzrokiem.

- Kochanie, co się stało? - zapytała Caro lekko ochrypłym od śpiewania głosem.

- Widziałem... widziałem no wiesz... - Zayn zachowywał się tak jakby miał problemy z wysłowieniem się.

- No kogo? - zapytałam
Malik popatrzył na mnie tak, jakby widział mnie pierwszy raz w życiu. Za chwilę szybko rozejrzał się po wypełnionej po same brzegi sali.

- Caro, możemy porozmawiać na osobności?
Uniosłam brwi, zdziwiona jego zachowaniem.

- No co ty, misiu - wybełkotała Caro - Przecież możesz mówić przy Angie, ona niczego nie wygada...
Zayn zacisnął palce na przedramieniu Caro, starając się zwrócić jej uwagę. NO dobra, coś zdecydowanie jest nie tak.

- Zayn, co się dzieje? - zapytałam.

- Nic się nie dzieje - odburknął.
Za chwilę trzymając Shine za rękę, prowadził ją przez tłum spoconych ludzi. O nie, tak łatwo mnie nie zbyjesz. Wiem, że to może chamskie z mojej strony tak podsłuchiwać ich prywatną rozmowę, ale przez skórę czułam, że dzieje się coś złego. I jeśli sama się nie dowiem o co chodzi, to od tej dwójki na pewno się tego nie dowiem.
Straciłam ich z oczu, ale widziałam jak jedne z bocznych drzwi się otwierają. Wiedziona instynktem, przecisnęłam się w ich stronę.

Plecami oparłam się o zimny metal, jedną ręką napierając na nie i odchyliłam je na niewielką szerokość. Nie pomyliłam się.
Caroline wpatrywała się w Zayna, zaskoczona czymś co jej powiedział. Wytężyłam słuch, mimo to słyszałam co któreś słówko.

- Jesteś pewien?

-Tak... widziałem... przed chwilą...

- Boże... Angie... szczęśliwa...

-Nie! Nic nie możesz jej powiedzieć!
Akurat to zdanie usłyszałam idealnie, tak głośno wykrzyczał je Zayn.


_________________________________


PRZEPRASZAM, że nie dodawałam tak długo rozdziału, ale teraz to jest wyłącznie moja wina, bo nie miałam weny i zawsze jak chciałam coś napisać i miałam plan to pomysł uciekał i nie wiedziałam jak napisać.
Jeszcze raz przepraszam. :(

10 lis 2014

Rozdział 71

Przypominam o hashtagu #nyaPL
________________________________
*Perspektywa Caroline*
Ja chyba osiwieje. Mam taki długi jęzor... o mało co się nie wygadałam Angel, mimo że wiem jakie byłyby tego konsekwencje. Tak się cieszyłam, że znowu się spotkaliśmy. Dzięki temu mogłam lepiej poznać Dianę, która stanowiła teraz ważną osobę w życiu Angie i Nialla, jej chłopaka. Zayn od razu znalazł z nim wspólny język.
Ale poczucie winy mnie nie opuszczało z dwóch powodów:
powód A - przeze mnie i moje tajemnice oddalam się z moją cudowną przyjaciółką
powód B - o mało co nie zrujnowałam życia jej i Harry'emu przez moją paplaninę.

Ale najbardziej zaskoczył mnie moment, w którym Angie wyszła na scenę i zaczęła śpiewać.
Zayn, siedzący obok mnie na tylnej kanapie taksówki, przesunął palcem wzdłuż mojego nagiego ramienia.

- O czym myślisz? - wymruczał.

- O tym, jak Angie musi być ciężko.

Ręka znieruchomiała, a twarz Zayna stężała. Zawsze tak się działo, kiedy zaczynałam temat Black. Ale teraz byłam lekko wstawiona, i wkurzona (przede wszystkim na siebie) i nie miałam zamiaru opuścić tak łatwo, jak dotychczas. O nie.

Poprawiłam się i odwróciłam tak, żeby siedzieć twarzą do niego.

- No co? Nie mogę już nawet myśleć o mojej przyjaciółce.
Zayn westchnął.

- Jasne że możesz. Tylko zawsze rozmowa o niej schodzi na tą samą drogę.

-Przez całe te kłamstwa i tak strasznie zaniedbałam naszą relację.

-Skarbie, ja wiem...

-Gówno wiesz - przerwałam mu.
Uniósł brwi, równie zaskoczony moimi słowami jak ja sama.

- Dzisiaj prawie jej powiedziałam. Prawie.
Zayn popatrzył na mnie zmęczonym wzrokiem.

- Niedługo to się skończy. Musimy być... - urwał, bo samochód się zatrzymał, a kierowca wyczekująco patrzył we wsteczne lusterko. Zayn wyjął z kieszeni banknot i podał mu. Po chwili byliśmy już w domu. Zdjęłam powoli szpilki ze stóp i ułożyłam się wygodnie na kanapie. Zayn usiadł chwilkę później, stawiając przede mną szklankę wody i dwie aspiryny. Uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością.

- Cieszę się, że jednak nic nie powiedziałaś.

- To było trudne, naprawdę. Widziałeś ją, kiedy śpiewała. Widać było, że jest w kompletnie innym świecie.

- Gdzieś gdzie jest on... - dodał Zayn, zamyślając się.

- Kiedy to się skończy? - zapytałam w końcu.

- Już niedługo.
Pokręciłam głową.

- Wiesz ile razy już to słyszałam? Powiedz mi coś, czego nie wiem.
Zayn popatrzył na mnie.

- Nie jestem taki pewien czy Harry wróci.
Zatkało mnie. Dopiero po dłuższej chwili odzyskałam zdolność mówienia.

- Co takiego?
Zayn przygryzł wargę.

- Od czasu tamtej rozmowy nie zadzwonił więcej do mnie. Ustaliliśmy tylko, że co tydzień będzie wysyłał mi SMS-a z informacją, jaka jest sytuacja i czy wszystko jest w porządku... - Zayn wziął oddech - Długo się już nie odzywa.
Wstrzymałam oddech.

- Jak długo?
Bałam się odpowiedzi, a Zayn długo milczał, patrząc na mnie z powagą.

- Ponad cztery tygodnie.
O kurwa.

- Ponad cztery tygodnie??!! I kiedy miałeś zamiar mi o tym powiedzieć? - zmrużyłam oczy.

- Teraz ci to mówię.

- Próbowałeś się z nim skontaktować?
Zayn westchnął ciężko.

- Jasne że tak. Cisza.
Dotknęłam ręką ust.

- Zayn, a jeżeli coś mu się stało? Tym razem naprawdę - powiedziałam cicho.
Złapał mnie za dłoń i uścisnął.

- Nie wolno ci tak myśleć. On jest dużym chłopczykiem, poradzi sobie.

- A jeżeli go dopadli? - zniżyłam głos do szeptu.

- Przestań. - powiedział ze złością.

- Dlaczego zachowujesz się jakby cię to w ogóle nie obchodziło? Jakbyś się nie martwił?
Puścił mnie i wstał, podchodząc do okna.

- Bardzo się martwię. Cały czas o tym myślę. Wykorzystałem już wszystkie możliwe sposoby, żeby go znaleźć, ale to nie takie łatwe.
Spuścił głowę.

- Nie mogę myśleć o tym, że coś mu się stało, bo wtedy oszalałbym.
Och, Zayn...
Podeszłam do niego szybko i objęłam jego szerokie ramiona, opierając policzek o jego plecy.

To będzie naprawdę ciężki rok.


*Perspektywa Angel*

- Dlaczego nie powiedziałaś mi, że tak bosko śpiewasz? - zapytała roześmiana Diana.

- Sama o tym nie wiedziałam! - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

- Wracamy tam. Niedługo. I masz jeszcze raz zaśpiewać.
Pomyślałam o tym, jak czułam się stojąc tam na scenie, i o wszystkich wspomnieniach, które miałam przed oczami. Czy tak będzie za każdym razem?

- No nie wiem... - odpowiedziałam niechętnie.

- Idziemy, i bez dyskusji.

- No dobrze, ale tylko pod jednym warunkiem - powiedziałam a Diana spojrzała się na mnie pytająco. - Zaśpiewasz ze mną 

- O CO TO TO NIE!
Diana usiadła na łóżku, ale za chwilę znowu wstała i zaczęła chodzić po pokoju.

- No to jeśli tak to ja też nie śpiewam

- Dobra zaśpiewam.


*Perspektywa Camerona*

Chris siedział przy oknie z słuchawkami w uszach. Pewnie nie usłyszał jak wchodźmy.
Kamil wiedziała gdzie trzyma zapasowy kluczyk, więc weszliśmy bez problemu. 

- Chris. - Powiedziała spokojnie Kamil. - CHRIS!!! 
Podskoczyłem, kiedy tak wrzasnęła.

- Rany nie wrzeszcz tak, głuchy nie jestem. Czego chcecie.

- Idziemy do klubu. Karaoke.
Spojrzał na nas i się roześmiał.

- Nie ma mowy.

- Nie będziesz śpiewał ani nikt z nas po prostu potańczymy, popijemy i będzie świetnie.

Zgodził się i chwilę później szliśmy do samochodu. 


Weszliśmy do klubu i od razu stanęliśmy jak słup. Było naprawdę dużo ludzi.
Zajęliśmy miejsca i zamówiliśmy po drinku.
Chris usiadł sobie w rogu i miał najlepszy widok na parkiet i scenę.

Miałem wrażenie, że jest zamyślony. Ale nie zawracałem sobie tym głowy.
Poszedłem tańczyć z Kamil.

Skończyliśmy tańczyć po jakichś 20 min padnięci. Tak mi się chciało pić, że myślałem że umrę.
Siadłem koło Chrisa i chciałem mu coś powiedzieć ale plany pokrzyżował mi DJ.

- No dobrze, popatrzmy kogo mamy następnego na liście... Zapraszamy na naszą scenę... Angel Black

- CO? - usłyszałem jak Chris szepcze pod nosem.

- Co mówisz? 

- Nie nic.
Wstał i podszedł pod scenę. A tak właściwie to obok.

Zaśpiewała piosenkę  Bruno Marsa. Ślicznie śpiewała. I ogólnie ładna była. 
Za chwilę po tym jak skończyła śpiewać zbiegła zapłakana ze sceny a za nią dwie osoby. 

OHO KTOŚ TY KOGOŚ KOCHA.
Dziwnę. Spodobała mi się dziewczyna której nie znam. Nigdy mi się to nie zdarzyło. 

Chris wrócił tylko po to, żeby oznajmić, że idzie do domu.

Spojrzałem tylko na resztę i później znowu na Chrisa który już był przy drzwiach, Jeszcze tylko spojrzał na scenę spuścił głowę i wyszedł.


________________________________
Przepraszam.
Mówiłyśmy że rozdziały będą co tydzień, ale teraz chyba to się zmieniło i będą co dwa tygodnie.

Boje się tylko, że stracicie cierpliwość i przestaniecie czytać nasze opowiadanie.
A tego byśmy nie chciały.

No ale dobra smutam już.

Jak tam w szkole, oceny dobre czy raczej nie?
Ja osobiście mogę wam powiedzieć, że mam o wiele leprze oceny niż w gimnazjum.
Dobra nie zanudzam was.


PRZYPOMINAM JESZCZE RAZ


#nyaPL

25 paź 2014

Rozdział 70

"Staczałem się coraz niżej i niżej. Wstyd mi było samego siebie. Bałem się spojrzeć w lustro, bo patrzyła na mnie karykatura człowieka. To było takie uczucie, jakbym spadał z wysokiego klifu.
Chce się zatrzymać, ale nie mogę. Chce wrócić z powrotem na ląd, ale on jest za daleko.
Prochy stały się moją codziennością.
A ja umarłem po raz drugi."


*Perspektywa Angel*

To były najcięższe wakacje w całym moim życiu. Ale uwaga uwaga: KUPILIŚMY Z DIANĄ SAMOCHÓD!! Nasz cudowny, wspaniały, biały Range Rover stał w garażu, odpucowany i gotowy ruszyć w drogę. Tym lepiej, bo praktycznie nie wychodziłam już na ulicę sama, więc auto to było najlepsze rozwiązanie. Chociaż gdyby mafia chciała mnie dopaść, nawet to nie stanowiłoby dla mnie przeszkody.
Ale staram się o tym nie myśleć. Teraz skupiam się na Harry'm.

Siadłam na ławeczce i położyłam różę na pomniku, wyrzucając tę z ubiegłego tygodnia. Wzięłam oddech...i nic. Pierwszy raz nie wiedziałam co powiedzieć.

- Cześć, misiu - zaczęłam jakoś tak niepewnie - Uff. Dzisiaj ostatni weekend sierpnia, masakra. Strasznie szybko to zleciało. Już prawie dwa miesiące jak Cię nie ma... -popatrzyłam na dłonie - No i jak to teraz będzie, co? Miałeś tu być, ale chyba Ci się znudziło...
Odwróciłam się gwałtownie, słysząc jakiś hałas za plecami. Jakiś młody chłopak usiadł kilka grobów dalej, w bejsbolówce i okularach przecisłonecznych. Boże Angel, nie histeryzuj. Odwróciłam wzrok. Przecież nieładnie jest się tak gapić.

- Ostatnia klasa liceum. Dasz wiarę? Bo ja sobie tego nie wyobrażam.
Zamrugałam, bo jak zwykle się rozklejałam.

- Kurczenie będę płakać. Chyba byś tego nie chciał. Nie lubiłeś, jak płacze.
Podskoczyłam przestraszona, kiedy ten chłopak rozkaszlał się głośno. Przewróciłam oczami.

- Wiesz, ciężko tu dziś o prywatność. Wpadnę niedługo, obiecuję. - Podniosłam się -Kocham Cię. Ponad życie.
Wzięłam głęboki oddech i odeszłam. Kiedy mijałam chłopaka, spuścił głowę jeszcze niżej.
W mafii nie przyjmują tak młodych osób, prawda? Prawda?!
Przyśpieszyłam kroku i wpadłam do samochodu, blokując od razu wszystkie drzwi. Nigdy nie wiadomo. W tej chwili zadzwoniła moja komórka.

- Słucham?

- Angie, cześć skarbie!

- Caro, hej!

- Czemu tak długo się nie odzywałaś? Obraziłaś się?
Od razu poczułam się głupio. Pracowałam od poniedziałku do soboty, więc miałam w sumie tylko jeden dzień odpoczynku. Nie pomyślałam, żeby zadzwonić do przyjaciół... Naprawdę, jestem straszna.

- Nie, nie! Przepraszam, Caroline... Po prostu jestem trochę zapracowana... - przygryzłam wargę.

- No dobra, tym razem Ci wybaczę. Ale pod jednym warunkiem.

- Hmm?

- Impreza. Dzisiaj. Nie możesz odmówić.
Westchnęłam. Nie miałam ochoty na imprezy.

- Mogę zabrać ze sobą Dianę?
Caroline prychnęła.

- Jasne, że tak!

- Ok, podaj mi szczegóły...



                                                                     ***



Siedziałam przed lustrem, nakładając tusz na rzęsy. Byłam już właściwie gotowa, Diana za to wciąż szukała odpowiedniej sukienki. Okazało się, że idzie z nami także Niall.
Widzicie, tak to już jest, jak się nie ma pary. Proponujesz przyjaciółce, żeby poszła z tobą. Oczywisty jest powód: bo nie chcesz wyglądać jak ostatnia sierota, tańcząc sama na parkiecie.
No i wtedy ona wyjeżdża Ci z pytaniem, czy może zabrać ze sobą swojego przystojnego, słodkiego chłopaka.
I cały plan idzie w łeb.

- Diana, rusz się! - krzyknęłam.

- No już prawie prawie - odpowiedziała przytłumionym głosem.
Przewróciłam oczami i kontynuowałam robienie makijażu.

- MAM! - krzyknęła z triumfem w głosie.
Patrzyłam z zaciekawieniem co też wymyśliła, kiedy wynurzyła się z jedną z moich lepszych sukienek.

- Pożyczysz mi ją? - zrobiła słodkie oczka.
Och, jaką miałam ochotę jej powiedzieć "nie" za tą akcję z Niallem. No ale co wy, nie jestem taka.

- Nie.
Ups. Może jestem.
Diana zrobiła smutną minkę, która uwierzcie mi, każdego by złamała. Przewróciłam znowu oczami i uśmiechnęłam się do jej odbicia w lustrze.

- Żartowałam. Jasne, że możesz.
Podbiegła do mnie i szczęśliwa pocałowała mnie w policzek.

- Dziękuje. - zmarszczyła brwi - A tak w ogóle to do jakiego klubu idziemy?
Uśmiechnęłam się chytrze.

- Karaoke - powiedziałam wolno, obserwując jej reakcję. Otworzyła usta jak ryba, przez co wyglądała komicznie.

- Żartujesz?

- Niee. Mówię całkiem poważnie. - znowu uśmiechnęłam się przebiegle.
Miałam malutki plan co do Diany. I dotyczył on śpiewania. Na scenie.


*3 godziny później*

Byłam już chyba całkiem nieźle pyknięta. W głowie szumiało mi tak, jakbym przystawiła muszelkę do ucha. Nagle obcasy wydały mi się za wysokie, a podłoga za daleko. Ale tańczyłam dalej. Chwilowo była przerwa w śpiewaniu, co strasznie mnie uszczęśliwiło. Najciekawszym faktem jest to, że do klubów karaoke najczęściej przychodzą kompletne beztalencia. Jakby własny prysznic im nie wystarczał.
Nagle Caroline zawirowała tuż obok mnie, ciągnąc za sobą roześmianego Zayna. Dawno nie widziałam ich tak beztroskich. Rozkoszowałam się uczuciem, kiedy głośny bas dudniący z głośników odczuwałam w klatce piersiowej. Tak, tego było mi trzeba. Kompletnego zatracenia.
Diana złapała mnie za rękę i wykrzyczała mi do ucha:

- My idziemy usiąść, jestem padnięta!
Pokiwałam głową na znak, że rozumiem i zamknęłam oczy. Kompletnie oddałam się muzyce i tańcu. Nie myślałam o tym wszystkim, przez co musiałam ostatnio przechodzić. Cały ten stres związany z mafią i opieka nad małą Bellą. Niedługo pora wrócić do szkoły, do nauki.
Dziwnie się czułam, tak jakbym wracała tam po kilkuletniej nieobecności. Tak, zdecydowanie teraz będzie tam inaczej.
DJ powoli przyciszył muzykę, zwracając moją uwagę. Podniósł podkładkę, na której zapisywali się ochotnicy. Zatarłam ręce.

- No dobrze, popatrzmy kogo mamy następnego na liście... Zapraszamy na naszą scenę... Angel Black!
Że co proszę??!
Podbiegłam szybko do DJ-a i pokazałam mu ręką, żeby się pochylił.

- To jakaś pomyłka! Ja zapisywałam Dianę Mitchelle!
Chłopak w dredach zmarszczył brwi i zerknął na listę.

- Nie, wszystko jest ok... Angel Black.
Zerknęłam na nasz stolik, no i wszystko stało się jasne, kiedy tylko zobaczyłam moją przyjaciółkę, czerwoną od śmiechu.
Uduszę. Powoli i boleśnie.
Poczułam ręce na plecach, i ktoś delikatnie popchnął mnie w stronę schodów prowadzących na małą scenkę. Odwróciłam się żeby zobaczyć uśmiechniętą Caroline. Zdrajca.
Prowadzący podał mi mikrofon, który złapałam drżącymi rękami.

- Ale ja nawet nie wiem co mam śpiewać! - zawołałam do DJ-a.
Uniósł kciuki i górę i skupił się na laptopie, szukając piosenki. Po chwili usłyszałam pierwsze dźwięki. Uśmiechnęłam się szeroko. To był Bruno Mars.
Moi przyjaciele skupili się blisko sceny, obserwując mnie z uśmiechami. Okej, chcą się bawić? Proszę bardzo.
Stanęłam naprzeciwko statywu i umieściłam na nim mikrofon.

"Łatwo przyszło, łatwo poszło
Tak właśnie żyjesz, oh
Brać, brać, brać wszystko,
Ale nigdy nie dajesz
Powinienem wiedzieć,
że jesteś kłopotem od pierwszego pocałunku
Miałaś oczy szeroko otwarte,
Dlaczego były otwarte?"

Pierwsza zwrotka naprawdę nieźle poszła. Patrząc po minach osób słuchających mnie... może nie śpiewam tak źle?
Wczułam się w tekst piosenki, zamykając oczy. Czułam się tak, jakbym nie ja śpiewała. Przypomniałam sobie, jak kiedyś zastałam Harry'ego z gitarą w ręku. Wymyślił wtedy tekst na poczekaniu. Tak cudownie śpiewał, tym swoim ochrypłym głosem... To on mógłby stać tu dzisiaj i śpiewać tę piosenkę. 

"Wytrzymałbym cały ten ból
Pozwoliłbym przestrzelić sobie głowę
Tak, umarłbym za ciebie skarbie,
Ale ty nie zrobisz tego samego."

Widziałam łzy lśniące w oczach moich przyjaciółek. Tak, mnie też bardzo trudno było się opanować. Wciąż miałam przed oczami Harry'ego... Jak jego smukłe palce sprawnie przebiegają po gryfie gitary, wydobywając delikatne dźwięki, idealnie komponujące się z tekstem. Te wspomnienia naprawdę były jak granat dla mojego serca.

"Jeżeli moje ciało stanęłoby w ogniu
oh, przyglądałabyś się, jak spaliłbym się w płomieniach
Powiedziałaś, że mnie kochasz, jesteś kłamcą,
bo ty nigdy, nigdy, przenigdy mnie nie kochałaś."

Kochałam, kocham i nigdy nie przestanę. Skoczyłabym z tobą w płomienie. Ale miałam za mało czasu, żeby Ci to udowodnić.
Piosenka się skończyła, a ja stałam wciąż w miejscu. Ludzie bili brawo i gwizdali, ale nie słyszałam tego. To tak jakbym stała za dźwiękoszczelną szybą. Uniosłam dłoń do 
policzka czując, że płaczę. Zayn szybko wszedł na scenę i ujął mnie za rękę.
Och, mój Harry.
Odprowadził mnie do łazienki, wciąż delikatnie ściskając mnie za rękę. Co ja bym bez niego zrobiła. Stanęłam przed lustrem, patrząc na rozmazany makijaż. Za chwilę Caroline weszła do łazienki z moją torebką. Szybko wyjęłam z niej kosmetyczkę i doprowadziłam się do porządku. Wzięłam głęboki oddech.

- Już okej? - zapytała ciepło.
Pokiwałam głową i przytuliłam ją mocno.

- Brakowało mi Cię ostatnio.
Caroline spuściła wzrok, kiedy wypuściłam ją z objęć. Uniosłam brwi.

- No co, co się stało? Chciałabyś mi coś powiedzieć?
Widziałam po jej twarzy że owszem, chciała. Już otwierała usta, ale w ostatniej chwili zrezygnowała.

- Caro, mów - powiedziałam stanowczo.
Uśmiechnęła się krzywo.

- Po prostu bardzo Cię kocham.
Przygryzłam wargę.

- Nie pogrywaj ze mną. Co chciałaś mi powiedzieć?

- Naprawdę nic takiego. - chwyciła mnie w ramiona.

- Proszę, nie ukrywajcie przede mną niczego. - szepnęłam - Nawet jakby miało mnie to zranić, okej? 

- Mhmm. - odmruknęła.

____________________________

Nareszcie jest.
Wiem że teraz jakoś dodajemy rozdziały co dwa tygodnie, ale wiecie jak to jest.
Szkoła daje popalić. U mnie jest nawet lekko, ale Maja mi się zamęcza.
Mam nadzieje, że nie jesteście źli na nas.

I jeśli ktoś czyta tą notatkę to przypominam, że możecie pisać na tt hashtag #nyaPL
Mam nadzieje że ktoś zrobi tą przyjemność i coś napisze, oczywiście możecie nas oznaczyć mnie @Kinkilek, albo Maję @maja3ana3
Wiem, że to nie jest opowiadanie tak dobre jak np Dark czy Psychotic, ale fajnie by było jak ktoś by napisał.
Dobra nie ważne. Za długa ta notatka się robi.

Pozdrawiam was wszystkich i mam nadzieje, że się rozdział spodobał.

11 paź 2014

Rozdział 69

Jeśli chcecie pisać o naszym opowiadaniu na Twitterze to piszcie z hashtagiem #nyaPL
chciałybyśmy wiedzieć co myślicie o rozdziale i wasze wrażenia.

___________________
*Perspektywa anonima*

Siedziałem na ławce tak już parę godzin i zaczynało mnie to denerwować. Dlaczego właściwie to robię. Po co ja ją śledzę. Robiło się dość chłodno zapiąłem skórzana kurtkę. Już miałem odjeżdżać, kiedy do domu weszła jakaś kobieta. W oknie widziałem jak Ona i Angel rozmawiały o czymś i po chwili kobieta wyjęła pieniądze i dała Angel. Ona założyła kurtkę i wyszła z domu i zaczęła się kierować na przystanek. Jednak ja wiedziałem, że ostatni autobus już odjechał. 

Szła powoli widać, że czymś się denerwowała. Co chwilę się odwracała, więc musiałem uważać. Nie mogłem pozwolić żeby mnie zauważyła. Ja oczywiście nie ostrożny nie zauważyłem kamyka i go kopnąłem. Angel odwróciła się. Schowałem się w cieniu że by mnie nie zobaczyła. Ruszyła znowu a ja zacząłem bardziej się do niej przybliżać. Była śliczna nie wiem jak można było skrzywdzić ją. Podszedłem dość blisko, ale przypominając sobie moje słowa "Nie mogę się do niej zbliżać nie może mnie zobaczyć".  Skierowałem się tam gdzie zostawiłem motor. Nie było to daleko, więc już wsiadałem na niego kiedy usłyszałem:

- Dajcie mi spokój!
Oj Angel gdybyś tylko wiedziała. 

Uruchomiłem motor i wyjechałem jak błyskawica mijając Black. Odwróciłem się do niej żeby zobaczyć ją ostatni raz. Była taka przerażona, ale nie przejmowałem się tym przyspieszyłem i już po chwili skręciłem w lewo tracąc ją z oczu. 



Zostawiłem Motor w garażu i wszedłem do domu. Przebrałem się w dresy. Od razu lepiej, nigdy nie pomyślałem, że będę kiedyś chodził w dresach. Wziąłem telefon i wystukałem numer. 

- Cześć... Tak już jestem... Nie a co... To powiedz mu, że wszystko pod kontrolą nie widziałam mnie... Miałem tylko sprawdzić co z nią i jest ok. Wiesz muszę kończyć ktoś puka.



Odłożyłem telefon i podszedłem do drzwi żeby je otworzyć. Stała w nich wysoka dziewczyna z długimi blond włosami. Kamil

- Cześć słonko przyszłam ci potowarzyszyć.

- Kamil nie mam dziś ochoty na nic zrozumiano.

- No dobra, ale potrzebna mi twoja pomoc. - powiedziała, ale widząc moją pytającą miną kontynuowała dalej. - No więc powiedziałam moim kumplom, że przyjdę dziś do nich z chłopakiem. No i wiesz pomyślałam o tobie. Polubisz ich wiem, że my nie..., że my tylko... że się bzykamy, ale możesz ze mną tam pójść?

- Słuchaj nie wiem co ty ode mnie chcesz i przylepiłaś się mnie jak rzep psiego ogona...

- PROSZĘ PÓJDŹ TAM ZE MNĄ PROSZĘ PROSZĘ.

- Dobra już dobra pójdę ale potem znikniesz mi z oczu.
Widziałem, że zaskoczyłem ją tym co powiedziałem, ale nie obchodziło mnie to. Patrzyłem się na nią i widziałem, że w jej oczach pojawiają się łzy. Zamknęła oczy i po chwili otworzyła je, pokiwała głową. 
Pokazałem jej ręką, żeby weszła. Przebrałem się i mówiliśmy już wychodzić.

Nie chciałem z nią nigdzie iść,taka prawda.Wolałem zostać w domu i rozmyślać jak wyjść z tej popierdolonej sytuacji. Tylko jedna rzecz naprawdę mnie cieszyła - Angel była bezpieczna. Śledziłem ją od jakiś trzech, może czterech tygodni, straciłem już rachubę. Byłem w pobliżu odkąd jej chłopak umarł. Nawet na jego pogrzebie stałem kilka alejek dalej, w czapce  i ciemnych okularach. Stałem za drzewem, kiedy z różą w ręku siadała przy jego grobie. I mówiła. Boże, ile ona mówiła. Ale nie przeszkadzało mi to. Przyjemnie było słuchać jej głosu. Opowiadała o nowej pracy i o dziewczynce, którą się opiekowała. A ja słuchałem. Byłem nią zafascynowany,i nadal jestem. Przez całą dobę moje myśli kręcą się wokół niej. Momentami myślę, że zaczynam tracić zmysły. Czuję się jak jakiś pieprzony świr, śledząc ją praktycznie dzień w dzień. Ale potrzebuję jej

*Perspektywa Angel* 

Weszłam do domu i od razu pobiegłam do mojego pokoju i rzuciłam się na łóżko. Chwilę po tym usłyszałam jak ktoś wchodzi do pomieszczenia. Przewróciłam głowę w bok i zobaczyłam Dianę jak siada na moim łóżku.

- Hej. Co się stało?

- Nic po prostu jestem cholernie zmęczona. Ta mała daje popalić.

- Angie przecież widzę, że coś się dzieje, gadaj.

- No przecież ci mówię. Wszystko ok tylko zmęczona jestem. 
Przytuliła mnie i poszła 

Naszykowałam sobie pidżamę i poszłam wziąć prysznic.


Położyłam się, ale stwierdziłam kiedy usłyszałam burczenie w brzuchu wstałam i podreptałam do kuchni. Stała w niej Diana i jadła kolacje. Podeszłam do niej i wzięłam jej jedną kanapkę. Miała ich cztery więc co tam.

- Hej to moje, zrób sobie. 

- Jak już zrobiłaś to po co mam ja robić. - powiedziałam i zabrałam jej drugą kanapkę i poszłam do pokoju. 
Siadłam na łóżku i zaczęłam jeść kanapkę wzięłam telefon i zaczęłam sprawdzać Twittera e-maile i różne takie stronę. 

Kiedy zjadłam umyłam znowu zęby i położyłam się spać. 



*Perspektywa anonima* 

Wchodząc do domu czułem się trochę jak intruz. Kamil witała się z jakimiś facetami jak by była ich dziewczyną, nie całowali się w policzek i to mnie troszkę obrzydziło.
Trochę minęło zanim zorientowała się że tu jestem.

- Ymmmm to jest mój... - powiedziała i złapała mnie mocno za rękę - ... chłopak Harry - kiedy powiedziała chłopak ścisnąłem ją mocno za rękę, aż się skrzywiła. 

- Cześć stary, wiesz ona tyle razy miała przyprowadzić tu swojego chłopaka, że nawet nie wiem ile miała ich już, a tak to już myśleliśmy że jest lesbą albo coś takiego. - powiedział i po chwili dostał od Kamil pięścią w ramie. - No co? Każdy tak myślał.

Kamil popatrzyła na mnie, a ja się zaśmiałem. Strzeliła focha i sobie poszła.

- Ach te dziewczyny. - powiedział chłopak - Louis jestem a ty??? Harry, tak?
Kiwnąłem głową.
Czego ten koleś chcę ode mnie. Wolałbym już leżeć w domu na kanapie i oglądać jakiś denny Horror.

- Wiesz chcesz może poznać kumpli przecież nie będziesz siedzieć tu sam.

- Jasne czemu nie.
Uśmiechnął się i zaprowadził mnie do grupki chłopaków w kuchni.



Śmiałem się na cały głos, bo Cameron opowiedział jakiś żart, który był tak głupi, że aż śmieszny. 
Cameron to jeden z kolegów Louisa. Jest jeszcze Liam taka trójca święta. 
Liam jest z nich najspokojniejszy. Tak mi się wydaje. Cameron wygląda trochę jak ochroniarz córki prezydenta, nikt go nie podejrzewa a tu nagle daje ci z dyńki jak tylko ją tkniesz. 
Poszliśmy do salonu i zaczęliśmy pić piwo. Gadaliśmy o dziewczynach, kiedy nagle blond głowa Kamil wychyliła się z kuchni. Machała na mnie ja wariatka, więc z głośnym jękiem wstałem i poczłapałem tam.

- Czego chcesz? - mruknąłem.

- Mam coś dla ciebie.
Chwyciła mnie za rękę i pociągnęła w głąb kuchni.
Odwróciła się do mnie z dziwnym błyskiem w oku. 
Och nie, tylko nie to.

- Ale musisz obiecać, że nie piśniesz o tym nikomu ani słówka.
Wzruszyłem ramionami. Jakbym gadał z kimkolwiek oprócz ciebie... no i tych w pokoju obok.
Z szerokim uśmiechem wsadziła rękę do kieszeni swoich dżinsów i wyciągnęła coś z niej. Wyciągnęła w moją stronę dłoń zaciśniętą w pięść.

- Co to jest? - zapytałem.
Wyciągnąłem dłoń, na której po chwili wylądowała mała, biała tabletka.

- Extasy - odpowiedziała, przeciągając każdą samogłoskę.
Uniosłem brwi w zdziwieniu.

- Extasy? - powtórzyłem.
Pokiwała głową.

Przełknąłem ślinę.
Podniosłem tabletkę z dłoni i położyłem na blacie obok.

- Nie, dzięki.
Odwróciłem się i chciałem wrócić do chłopaków w pokoju obok. Kamil przytrzymała mnie dość silnie za ramię, jak na taką małą osóbkę.

- Ej no co ty, chyba nie tchórzysz?
Popatrzyłem na jej długie palce z pogardą. Zrozumiała i puściła mnie szybko.

- Nie, nie tchórzę. - wycedziłem - Po prostu mam to już za sobą.
Wybałuszyła oczy.

- Brałeś już?
- Jasne, że tak.
Kamil klasnęła w ręce, uradowana.

- To tym bardziej powinieneś!
Zacisnąłem szczękę.

- Mówię kurwa, że nie.
Wyszedłem i wróciłem na skórzany fotel, gdzie wcześniej siedziałem.
Nie mogę zacząć znowu brać, zbyt dużo mnie to kosztowało. Nadal nie wiem jak udało mi się wyjść z tego gówna. A byłem na samym dnie.
Chociaż doskonale pamiętam powód, dla którego zdecydowałem przestać.
Prześladuje mnie on co noc w snach.
Kamil weszła do pokoju i zerknęła na mnie pogardliwie.

- Chłopaki, jedzonko przyjechało! - krzyknęła.
Liam, Louis i Cameron rzucili się jak wygłodniałe wilki do kuchni.

Pobiegłem za nimi, bo nie przypominałem sobie kiedy ostatnio coś zjadłem.

- Kamil, jesteś nieoceniona - Louis pocałował ją w czoło, na co ta spiekła raka - Wiesz jak urozmaicić imprezę.
A już po chwili taka sama pastylka, jaką przed chwilą trzymałem w ręce wylądowała na jego języku.
A także języku Liama, Camerona i Kamil.

O kurwa.

Liam zerknął na mnie, zaskoczony.

- Chris, a ty nie?
Pokręciłem głową, na co ten wzruszył ramionami  i zamknął oczy.
Ja pierdolę, ale się wkopałem.
Poszedłem do łazienki na górę, byleby na chwilę opuścić to towarzystwo.

Wiecie jak to jest, kiedy chce wam się cholernie pić, ale nie macie chociaż kropelki wody pod ręką? Podobnie się czułem w tej chwili.

Stanąłem naprzeciwko lustra i popatrzyłem na moje mizerne odbicie. Wory pod oczami były straszne, ale od dawna nie sypiałem jak trzeba. Jadałem też rzadko, po części z braku czasu, a po części z braku ochoty.
Stanie przy garach przywoływało zbyt wiele wspomnień.
Ale kurwa, chwileczkę. Pamiętałem jakie to uczucie zapalić marihuanę, i przestać się wszystkim przejmować. A właśnie teraz mi tego potrzeba. Zszedłem szybko na dół do kuchni.

-Dobra daj jedną - powiedziałem do Kamil.
Pisnęła o szybko podała mi extasy.
Długo się nie zastanawiałem i położyłem tabletkę na języku.


*jakiś czas później*

W ich domu było ciemno. Nie wiedziałem która jest godzina, ale chciałem ją tylko zobaczyć. Przystawiłem nos do okna, ale wciąż ciemność. Kurwa. Przestąpiłem z nogi na nogę. Gdzie jest moja kurtka? Zimno mi. Obszedłem domek dookoła, ale nie było żadnego tylnego wyjścia. Ale za to... jest balkon. Podbiegłem do niego i przystawiłem twarz do szyby. Nie, to pokój tej drugiej. Kurwa. Ale wejść jakoś musiałem, więc mogę to zrobić tylko przez jej pokój.Szlag. 
Okazało się, że drzwi były otwarte. Po cichu odsunąłem je i wszedłem do środka. Kurwa, kichać mi się chce.
Zamknąłem balkon za sobą i postępowałem krok za kroczkiem.
Nagle w ciszy rozległ się przeraźliwy dźwięk kaczki.

Kurwa!
Podniosłem winowajcę hałasu. To był kapeć w kształcie kaczki, który wydaje jej odgłos przy każdym kroku. Zachichotałem, wyobrażając sobie siebie w tym. To by było epickie. W końcu znalazłem jej pokój. Chciałem usiąść przy niej, ale uderzyłem w szafkę stojącą przy drzwiach.

- Kurwa!
Złapałem się za bolący piszczel. Jak tak dalej pójdzie to... Ja pierdole.
W końcu stanąłem obok niej. Kucnąłem przy łóżku.
Wyglądała tak ślicznie, kiedy spała. Tak delikatnie. Ale mi się pić chce. Zauważyłem szklankę i sięgnąłem po nią. Byłem w trakcie picia, kiedy coś uderzyło mnie w tył głowy, wytrącając mi szklankę z rąk.

- ANGIE! ANGIE WSTAWAJ!!!
Zerwałem się na równe nogi starając się zrozumieć, co tu się kurwa właściwie dzieje.

O nie.
W ekspresowym tempie wybiegłem stamtąd słysząc, jak ktoś za mną biegnie i wykrzykuje różne określenia, jak padalec czy zboczeniec. Uciekłem tą samą drogą, którą tak powolutku wszedłem.
Zatrzymałem się dopiero kilka uliczek dalej, z trudem łapiąc oddech.
Co się właściwie stało?? To ta druga musiała się obudzić i uderzyć mnie czymś. Ale czym... parasolką??
Uderzyłem się w czoło. Boże,jakie to było bezmyślne. Przecież w każdej chwili któraś z nich mogła mnie rozpoznać, jeśli tego nie zrobiła.
Pierdolę, więcej nie tknę nawet extasy. Ale ze mnie idiota.
Chociaż chyba sam najlepiej wiem, że to tylko puste obiecanki.
Raz już tak powiedziałem, a potem nie mogłem sobie przypomnieć, jak mam na imię.
Teraz podobno nazywam się Chris.


*Perspektywa Angel*

- ANGIE! ANGIE WSTAWAJ!!!
Usłyszałam krzyk Diany.

Zerwałam się z łóżka i patrzyłam się z przerażeniem na Dianę.

- Co się stało? Możesz mi powiedzieć?

- Ktoś tu był uderzyłam go parasolką jak pił wodę.
Spojrzałam się na nią zdziwiona i spytałam jak dokładnie wyglądał.

- Miał długie włosy tak dotąd - pokazała ręką na pół swojej szyi (mam nadzieje że wiecie o co mi chodzi) - ciemne, i był dość wysoki. 

Zaczęłam się zastanawiać czy znam kogoś takiego. Nikt kogo znam nie ma takich włosów. To musiał być... ktoś... ktoś z mafii.

Spojrzałam na Dianę, a ona przyglądała mi się z ciekawością.

- Znasz kogoś takiego?

- No właśnie nie znam. - powiedziałam czując łzy pod powiekami.


- Ale ten ktoś znał ciebie.



___________________________________

Przepraszam, przepraszam, przepraszam

Wiem, wiem nawaliłam, ale ja naprawdę nie mam weny do pisania rozdziałów i nawet ten rozdział jest w połowie beznadziejny, bo gdyby nie Maja byłby cały beznadziejny.

Wiem rozczarowałam was, i pisząc to pogrążam się jeszcze bardziej, ale naprawdę dość często myślę nad tym, żeby przestać pisać to opowiadanie.
Już nie mam weny jak kiedyś. Pomysłów pełno weny 0.

Dobra nie rozpisuje się, bo wiem, że jesteście na mnie źli więc.

Mam nadzieje, że będzie chociaż 5 komentarzy.

Ps. za jakiekolwiek błędy przepraszam.

28 wrz 2014

Rozdział 68

Chciałam dedykować ten rozdział wspaniałej dziewczynie która pomogła mi wiele razy.
Martynie
Kocham cię za wszystko :*

_________________________________________
*miesiąc później*

Był sierpień. Pogoda była naprawdę śliczna jak na Anglię, temperatura nie schodziła poniżej 25 stopni. 
Pierwszy miesiąc spędziłam bardzo monotonnie. Od poniedziałku do soboty wstawałam bardzo wcześnie, szykowałam się i jechałam autobusem do Belli. Oczywiście jej siostra Lily niejednokrotnie chciała dać mi dłuższy urlop, ale ja nie zgadzałam się. Przyzwyczaiłam się do tej małej. Można nawet powiedzieć, że zaprzyjaźniłyśmy się. Organizowałyśmy sobie takie małe wycieczki: odwiedziliśmy już zoo, byliśmy na małej plaży niedaleko naszego miasta. Co piątek chodziliśmy też na basen, jako nagroda za dobre zachowanie Belli. Cieszyłam się, że nie spędzam całych dni w pustych czterech ścianach.

Właśnie, a propos czterech ścian.
Zarabiałam naprawdę dobrze, więc postanowiłam zrobić pewną rzecz. Wynajęłam mieszkanie, a właściwie cały domek. Z jednej strony naprawdę trudno było mi opuszczać mieszkanie Harry'ego. Jednak przebywanie w nim sprawiało mi ból.
Nie potrafiłam przejść przez mieszkanie, nie myśląc: "To tutaj stał Harry, kiedy przygotowywał posiłki". "To na tej kanapie przytulał mnie co wieczór, kiedy oglądaliśmy filmy".
Po prostu nie mogłam.
Więc postanowiłam wynająć coś nowego. Do mieszkania były trzy pary kluczy. Jedną odesłałam mamie Harry'ego, drugą parę dałam Zaro, a trzecią zachowałam. Te moje niegdyś należały do Harry'ego.

I mimo że pieniędzy mi nie brakowało uznałam, że przeprowadzenie się do tak ogromnego mieszkania sama byłoby bezsensowne. Więc zadzwoniłam do pierwszej osoby, która przyszła mi na myśl. Jeśli pomyśleliście o tej, o której powinniście, to macie rację.

Od dwóch tygodni mieszkałam z moją drugą najlepszą przyjaciółką, Dianą. To była jak niekończąca się piżama party, naprawdę. Chociaż oboje mieliśmy pracę, przez co widywaliśmy się tylko wieczorami i w niedziele. 
Ale zaszokuje was jeszcze bardziej... spotkałam się kilka razy z Lucy. Tak, tą samą. Wtedy kiedy odwiedziłam ją w szpitalu uświadomiłam sobie, że bardzo się myliłam co do niej. Ta postać którą odgrywała codziennie w szkole, to nie była ona. Prawdziwa Lucy była wrażliwa i bardzo przyjazna,o ile to w ogóle możliwe.

Któregoś razu spotkałyśmy się u niej w domu. Siedziałyśmy w salonie i rozmawiałyśmy o tych wszystkich latach. Podobało mi się to, że przy mnie była naturalna.
Żadnej szpachli na twarzy ani samych markowych ubrań, po prostu ona. Została jej jednak nieprzyjemna pamiątka po zatargach ojca.
Blizna na policzku była widoczna nawet wtedy, gdy próbowała ukryć ją pod podkładem. Wiedziałam, że nienawidziła ojca za to.

- A pamiętasz ten projekt? Wtedy na tej imprezie miałam wrażenie, że mnie udusisz - zachichotałam.

- No coś ty, kazałam takiej jednej lasce zrobić to zdjęcie.
Kopara mi opadła.

- Naprawdę??

- Mhmmm.
Wow. Sporo ciekawych rzeczy można się dowiedzieć.
Nagle drzwi głośno trzasnęły, a z korytarza dobiegł męski głos:

- Lu, gdzie jesteś?
Lucy spojrzała na mnie.

- Musisz już iść.

- Co? Czemu?
Odpowiedź weszła do pokoju. Lucas spojrzał na mnie z zaskoczeniem, ale za chwilę jego twarz wyrażała złość.

- Co TY tu robisz? - warknął.
Lucy wstała, podeszła do niego i uwiesiła się jego ramienia.

- Spokojnie, ona już wychodzi.
Lucas strząsnął jej rękę i podszedł do mnie.

- Mało kłopotów narobiłaś?! Jeszcze musisz się wpierdalać do jej domu?

- A w czym niby jest moja wina? - zapytałam.
Przyciągnął Lucy siłą, ścisnął jej twarz i odwrócił, żebym mogła zobaczyć jej zabliźniony policzek. Lucy skrzywiła się, bo sprawiał jej ból.

- To nie moja wina. Winny jesteś ty, a teraz próbujesz zrzucić na innych winę, żeby zagłuszyć poczucie winy. Żałosny jesteś.
Zaskoczyła mnie ta nagła zmiana zachowania. Przecież kiedy ostatnio u niego byłam, normalnie rozmawialiśmy i w ogóle. A tu nagle takie coś...

Zgarnęłam moją torebkę i ruszyłam do wyjścia. Lucas złapał mnie za ramię, kiedy otwierałam drzwi.

- Nie skończyłem jeszcze z tobą. Bekniesz za to, że ze mną zerwałaś. Obiecuję ci to.

- Ale ty tak serio? - prychnęłam - Jeszcze sobie nie odpuściłeś? Masakra. Słuchaj wiem, że jestem Boska, ale ODPUŚĆ JUŻ SOBIE, ok nie chce już ciebie. - powiedziałam i odrzuciłam włosy z ramienia. 
Popatrzyłam na Lucy i widziałam że chce cie zaśmiać, ale powstrzymywała to. 
I zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem. To mniej więcej tak wyglądało moje ostatnie spotkanie z Lucy. Nie zadzwoniła do mnie więcej, a ja nie chciałam narażać ją na kłopoty z tym popaprańcem.

No i teraz część która najmniej mi się podoba. Przez cały ten czas rzadko kiedy widziałam się z Zaro. I nawet nie jestem wam w stanie sensownie powiedzieć dlaczego. Po prostu...
Ostatni raz rozmawiałam z nimi przy przeprowadzce. Zayn pomógł przewieźć mi moje rzeczy, bo właściwie sporo ich było. Ale i tak cała ta konwersacja była bezsensowna. No bo czy z przyjaciółmi rozmawia się o pogodzie? No właśnie.
Co sobota chodziłam do Harry'ego. Za każdym razie kupowałam jedną różę i kładłam ją na pomniku. A potem mówiłam. Opowiadałam mu o tym, jak minął mi dzisiaj dzień. Co porabiałam z Bellą, o czym dzisiaj rozmawiałyśmy. Czasami potrafiłam siedzieć tam nawet dwie godziny, mówiąc i przyglądając się jego imieniu. Kiedy odchodziłam stamtąd, zawsze czułam się bardzo samotna. Nigdy nie powinno dojść do takiej sytuacji. Ale nie mi prawo o tym decydować...

No i w końcu dochodzimy do najważniejszego momentu w tej mojej paplaninie.
Od pewnego czasu wydawało mi się, że ktoś mnie śledzi. Kiedy jestem w sklepie i wybieram produkty, czuję czyjś wzrok na sobie. Ale kiedy szukam kto to, nigdy nikogo nie ma.
Kiedy siedzę w autobusie mam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje z tyłu pojazdu. Boję się odwrócić. To brzmi dziwnie, wiem. Ale nie wiem co z tym zrobić. Nie chce mówić o tym Dianie bo uzna, że fiksuje. Z drugiej strony dobrze byłoby o tym z kimś porozmawiać.
Bałam się, że to... no wiecie, MAFIA. Przecież do nich może należeć każda osoba, którą widzę.
Może wpadam tylko w obsesję. Albo usiłuje sobie wmówić coś, co nie istnieje. Oby tak było.

Ale to bardzo możliwe... Zayn powiedział, że zajmie się całą tą sprawą, ale ja jednak wciąż pozostaje w nią powiązana. Ojciec Hazzy był bezpośrednio wspólnikiem Rivera. Ja chodziłam z jego synem. I jestem przyjaciółką Zayna. No i nie zapominajmy o tym, że kilkakrotnie spotkałam się z Lucy. A jej obecnym ochroniarzem jest mój były chłopak, Lucas. 
Jezu, dopiero analizując całą tą sytuację zdałam sobie sprawę, jakie to wszystko popieprzone.

Chciałam uniknąć tego, żeby nie sprowadzić kłopotów jeszcze na Dianę. Tylko tego brakowało.
Byłam z niej naprawdę dumna. Odkąd rozstaliśmy się w klinice, nie zrobiła TEGO. Powiedziała, że to wszystko dla mnie. Wydaje mi się, że nie mogłam zrobić lepszej rzeczy, niż z nią zamieszkać. Teraz miałam kolejny cel. Planowaliśmy kupić na spółkę samochód. Miałam dość jeżdżenia miejską komunikacją, poza tym czułabym się zdecydowanie bezpieczniej.
A raczej nie miałam zamiary kupować jakiegoś malutkiego samochodzika. Nasze aspiracje były o wiele większe - Range Rover. Siedząc za kierownicą tak potężnego auta nie bałabym się może tak bardzo.

Ale ja chyba naprawdę wpadałam w paranoję. Idąc ulicą co chwila oglądałam się za ramię.
Na przykład teraz. Wracałam od Belli, i niestety spóźniłam się na ostatni autobus. Ruszyłam pieszo do domu. Szybko zrobiło się ciemno, ale latarnie nie były jeszcze zapalone.

Już od dłuższego czasu zrezygnowałam ze słuchania muzyki podczas spacerów. Bałam się, że jeśli miałabym słuchawki w uszach nie usłyszałabym, jak ktoś zakrada się do mnie. Zapięłam kurtę, bo zrobiło się odrobinę chłodno. Szłam pustą uliczką, sklepy były już pozamykane. Odwróciłam się, bo usłyszałam jakiś hałas. Po przejściu kilku metrów wydawało mi się, że do dźwięku moich kroków usłyszałam jeszcze inne, cięższe. Odwróciłam się przerażona, ale nikogo nie było.
Nie możesz żyć w ciągłym strachu, pomyślałam. Inspirowana tą myślą, odwróciłam się i krzyknęłam w ciemność:

- Dajcie mi spokój!
Przez dłuższą chwilę było słychać tylko mój ciężki oddech. Nagle z ulicy przecinającą tą, którą szłam, rozległ się warkot silnika.
Motor wyjechał jak błyskawica tuż przede mną. Kiedy mnie mijał, motocyklista odwrócił w moją stronę głowę w kasku, przyspieszając i patrząc na mnie przez ramię.

Kurwa, miałam rację. Ktoś mnie śledził.


_____________________________________________

Już jest wiem przepraszamy, ale i dziękujemy za to że nie pisaliście codziennie "Kiedy rozdział" itp.

Mam nadzieje, że się podoba bo mi bardzo.
nie wiem co mogę jeszcze napisać.

Dziękujemy za cierpliwość.

Ps. Jak tam wam minął miesiąc szkoły, bo mi fatalnie.

19 wrz 2014

Przepraszamy

Jutro nie pojawi się rozdział, z tego powodu że, jadę jutro na chrzciny i wrócę bardzo późno, albo w niedzielę, po drugie nie ma jeszcze 5 komentarzy a po trzecie maja jest chora i nie ma siły napisać rozdziału. Wiem głupie wymówki, ale nie zawsze można dodać rozdział w danym terminie. A moim zdaniem to i tak staramy się dodawać rozdziały w sobotę i nam się to udaje. Bo niektórzy dodają co miesiąc albo jeszcze gorzej.


Mam nadzieje, że nie obrazicie się. 

14 wrz 2014

Rozdział 67

Lily zapisała mi wszystkie ważne i potrzebne numery na kartce, którą przyczepiłam do lodówki. Nie było potrzeby jeżdżenia nigdzie, wystarczyło złożyć online w sklepie zamówienie, zakupy przychodziły w ciągu godziny. Łatwizna. 
Lily szybko wyszła, bo i tak już była spóźniona. Pokazała mi jeszcze tylko, gdzie jest wszystko w domu, i o mało nie zabijając się wybiegła z domu. W końcu były wakacje, więc podejrzewałam, że mała nie wstanie za szybko. Ojej, Lily nie powiedziała mi, jak jej siostrzyczka ma na imię. No cóż, zapytam ją. W końcu ma osiem lat, już spora z niej kobietka. Włączyłam w salonie telewizor, zostawiając wyciszony dźwięk. Siedziałam tak przez chwilę, kiedy usłyszałam cichutkie skrzypienie schodów. Nie odwracałam się na razie. Za chwilę stanęła przede mną niebieskooka blondyneczka w słodkiej piżamie z Hello Kitty. Patrzyła na mnie nieufnie, przyciskając do piersi maskotkę pieska.

- Cześć - uśmiechnęłam się.

- Kim pani jest? - zapytała.

- Nie wiem czy twoja siostra Ci powiedziała, ale od dzisiaj jestem twoją opiekunką.

- Aha.
Wciąż patrzyła na mnie tymi swoimi błękitnymi oczami, głaszcząc główkę maskotki.

- To... jak masz na imię?

- Izabella.

- Wow, bardzo ładne imię. Mogę mówić na ciebie Izzy?
Pokręciła gwałtownie głową.

- Lily mówi na mnie Bella.
Uśmiechnęłam się. Bella kojarzyła mi się z bohaterką "Zmierzchu". (-,- serio Majka musiałaś to napisać)

- Czy ja też mogę na Ciebie tak mówić?

- Jasne.

- Hmmm... jesteś może głodna?

- A ty jak masz na imię? - zapytała w tym samym czasie.

- Jestem Angel.
Bella wygięła wargi, powstrzymując śmiech.

- Masz bardzo zabawne imię.
Zaśmiałam się.

- Wiem. No to jak, śniadanko?
Bella pokiwała głową.

- Na co masz ochotę?

- Umiesz zrobić płatki?

To było strasznie słodkie, że miała problemy z wyraźnym wymówieniem niektórych słów. Chyba niedawno wyleciały jej jakieś mleczaki.

- Jasne. To może zróbmy tak: ja pójdę przygotować płatki, a ty w tym czasie ubierzesz się?Bella zmarszczyła czoło.

- Lily pomaga mi się ubierać.
Wstałam.

- W porządku, to pierw zjesz, a potem pomogę ci się ubrać.
W kuchni wyjęłam z szafki miseczkę i nalałam do niej mleka. Wsadziłam ją do mikrofalówki i ustawiłam czas. Bella siedziała na krześle obok i przypatrywała się każdemu mojemu ruchowi.
Kiedy urządzenie zapikało, wyjęłam miskę i wsypałam czekoladowe płatki, które znalazłam w szafce. Wyjęłam łyżkę z suszarki  i kiwnęłam głową na dziewczynkę.

- Chodźmy.
Postawiłam jedzenie na miejscu przy stole, przed którym leżała podstawka z Hanny Montany. Bella usiadła, postawiła pieska na stole tuż obok i zaczęła jeść.
Zajęłam miejsce naprzeciwko i z uśmiechem przypatrywałam się tempu, z jakim Bella wcinała płatki.

- Masz chłopaka?? - zapytała z pełną buzią.
Bezpośredniość jej pytania trochę mnie zaskoczyła, ale nie miałam zamiaru kłamać.

-Um, miałam. - powiedziałam spuszczając głowę.

- A jak miał na imię?

- Harry.
Dziwnie się poczułam, wypowiadają jego imię.

- Ładnie. A czemu już nie jest twoim chłopakiem?

- Hmm, wiesz... On odszedł... w lepsze miejsce.
Dziewczynka przestała na chwilę jeść.

- To znaczy, że umarł, tak?
Osiem lat, a jest inteligentniejsza od Lucy. He he he.

- Tak.

- A co mu się stało?

- Miał wypadek samochodowy.

- A ile z nim byłaś?
Czułam się jak na przesłuchaniu na policji, tyle że tematyka mniej mi odpowiadała.

- Prawie rok.

- A kochałaś go?

- Bardzo.

- A on kochał ciebie?

Zaśmiałam się nerwowo


- Nie sądzisz, że za dużo pytań jak na jeden raz?
Bella wzruszyła ramionami.

- Nie odpowiedziałaś na pytanie.
Westchnęłam.

- Tak, on też mnie kochał.

- I co teraz zrobisz?
Dobre pytanie. Jak na razie to staram się zapełnić czymś mój czas wolny, byle nie myśleniem.

- Teraz poczekam, aż skończysz jeść, a potem pójdę z Tobą na górę się ubrać.
Bella spojrzała na mnie uważnie.

- Przykro mi, że ten... Harry nie żyje.
Uśmiechnęłam się, starając się stłumić ból w piersi.

- O, widzę że już zjadłaś. To co, idziemy?


                                                                  ***


Z czasem Bella co raz bardziej przekonywała się do mnie i częściej uśmiechała. Była naprawdę bardzo słodka, i super grzeczna. Nie przypuszczałam, że ośmiolatka może być tak bezpośrednia. Mam na myśli to, że pytań takich jak przy śniadaniu było znacznie więcej.
Położyliśmy się na leżakach na podwórku. Bella słodko wyglądała, ze swoją okrągła buzią zwróconą w stronę słońca i różowymi okularami przeciwsłonecznymi z oprawkami w kształcie serc na nosie.
Opowiedziałam jej o Caroline, o Zaynie. Poprosiła mnie, żebym opowiedziała jej moje pierwsze spotkanie z Harry'm. Oszczędziłam jej szczegółów w stylu "Kiedyś Harry był dla mnie jedynie głupiutkim chłopczykiem w markowych ciuchach, szpanującym na każdym kroku ze swoją jakże wspaniałą dziewczyną Lucy River". W końcu to mała dziewczynka, a każda mała dziewczynka oczekuje historii jak z komedii romantyczniej. Więc może odrobinę... ubarwiłam historyjkę. Powiedziałam, że pierwszy raz spotkałam się z nim, kiedy wyznaczyli nas do wspólnego projektu. Opowiedziałam jej nasz pierwszy pocałunek, kiedy prezentowaliśmy go klasie. A potem zrelacjonowałam jej Barcelonę. Ale nie wspomniałam jej o Lucasie.
Bella słuchała całej historii z otwartą buzią. Jak miło mieć takiego małego słuchacza. Kiedy skończyłam, sięgnęłam po wodę ze stolika, bo bardzo zaschło mi w gardle. Już dawno nie pamiętam, żebym tak długo mówiła.

- No dobrze, teraz twoja kolej. Opowiedz mi coś o sobie.

- Nazywam się Izabella Ross. Kiedy miałam dwa latka, moi rodzice zginęli w katastrofie samolotu. Nie pamiętam nazwy kraju, do którego lecieli. Od tamtego momentu mieszkam z siostrą. Jeszcze jakiś czas temu mieszkał z nami mój starszy brat, ale w końcu się wyprowadził. Tak naprawdę nie pamiętam moich rodziców. Czasami wyciągam zdjęcia z szafy Lily i oglądam zdjęcia ze ślubu, jak trzymali moje małe rodzeństwo. Ale nie przypominam ich sobie. Bardzo mi wtedy przykro, bo kiedy oni opowiadają mi o rodzicach, ja czuję się tak, jakby opowiadali mi o nieznajomych. 
Jezu. To było okropne słyszeć takie słowa z ust takiej małej dziewczynki. Kiedy chlipnęła nosem zorientowałam się, że płaczę. Przesiadłam się na jej leżak i przytuliłam ją mocno. Jej rączki oplotły mnie w pasie, a buzię wtuliła w mój brzuch.

- Lily żadko ma dla mnie czas. Dużo pracuje, ale mówi, że to dlatego, żeby mogła mi kupować co tylko zapragnę.

- Bello, a co się stało z poprzednią opiekunką?
Mała wydęła policzki.

- Zrezygnowała.

-Dlaczego?
Nagle Bella zachichotała.

- Bo wrzuciłam jej dżdżownicę do spaghetti.
Roześmiałam się.

- I co jeszcze?

- Wsadziłam jej zdechłą wiewiórkę do torebki.
Zmarszczyłam nos.

- Nie brzydziłaś się?
Bella wzdrygnęła się.

- To było ohydne, ale opłacało się. Pani Pober była straszną wiedźmą.

- Ale mi tego nie zrobisz, prawda? - zapytałam z nadzieją.

- Nie, tobie nie. Jesteś bardzo fajna.
Uniosła głowę i uśmiechnęła się szeroko, a potem cmoknęła mnie w policzek.

- Ojej, a to za co? - zapytałam.

- Po prostu bardzo cię lubię.

- Ja ciebie też - roześmiałam się - Myślę, że się dogadamy.


*kilka godzin później*

Obracałam w palcach czerwoną różę. Szłam pomiędzy alejkami ze spuszczoną głową. Zawsze dziwnie się tutaj czułam. Zwłaszcza teraz, kiedy był już praktycznie wieczór. Gdzieniegdzie paliły się znicze. Kiedy stanęłam przed nagrobkiem, uśmiechnęłam się przez łzy.

- Cześć kochanie. Przepraszam, że tak długo nie wpadałam, ale byłam trochę zapracowana. Dosłownie.
Rozejrzałam się.

- Ojej, ale masz tu bałagan. Pomogę ci posprzątać.
Zgarnęłam wszystkie zwiędłe kwiaty i wieńce. Powyrzucałam też świeczki, które się wypaliły. Kiedy skończyłam, grób wydał się bardzo... pusty. Położyłam na nim różę i usiadłam na ławeczce.

- Sporo się dzieje, wiesz? Znalazłam nową pracę. PRAWDZIWĄ. Jestem opiekunką, uwierzysz? Zajmuję się taką małą dziewczynką. Ma na imię Izabella, ale chcę żeby ją nazywać Bella. Ma osiem lat. Wypytywała mnie o ciebie, wiesz? Uśmiechnęłam się.

- Trochę jej nazmyślałam, żeby bardziej jej się podobało. Jej rodzice nie żyją, wiesz? Zginęli w katastrofie lotniczej - westchnęłam - Taka mała, a już tak wiele przeżyła. A co tam u ciebie? Dobrze cię karmią czy tam też sam sobie gotujesz?
Roześmiałam się.

Uświadomiłam sobie, że dla postronnego widza muszę się zachowywać jak stuknięta.

- Tęsknie, wiesz? - starłam łzę z policzka - Wpadnę do Ciebie niedługo. Kocham Cię.
Przesłałam całusa w stronę nagrobka i odwróciłam się.

Przez chwilę wydawało mi się, że widziałam kogoś kilka alejek dalej, ale przewidziało mi się.
Czas wrócić do domu i stawić czoła swoim problemom. W pojedynkę.

________________________________________

No i jest nowy rozdział.
Co sądzicie o rozdziale. Mi się strasznie podoba.
Nie będe się rozpisywać bo i tak nie czytacie notatek a jeszcze pierwiastków muszę się nauczyć (głupia chemia)

Administrator